Wchodzę do środka.
Drzwi zamykają się za nami cicho.
Powietrze jest inne.
Trochę cięższe.
Trochę cieplejsze.
Korytarz jest długi.
Światło białe.
Za jasne.
Ludzie stoją przy ścianach.
Niektórzy siedzą na ławkach.
Gitara oparta o kolano.
Ktoś coś gra.
Krótko.
Urwane.
Nie całość.
Pojedyncze dźwięki.
Strojenie.
Próby.
Sprawdzanie.
Zatrzymuję się na moment.
Nie dlatego, że muszę.
Po prostu patrzę.
Słucham.
Z jednej strony ktoś gra szybciej.
Z drugiej wolniej.
Każdy trochę inaczej.
Każdy po swojemu.
Czuję to w brzuchu.
Nie stres.
Raczej napięcie.
Takie, które nie znika.
Tylko zostaje.
Mijamy dwie osoby przy ścianie.
Nie patrzę na nie.
Ale słyszę.
— To… to jest Zoe?
— Ta z radia?
Krótka pauza.
— To Brooks?
Jeszcze ciszej.
— Jack… to jest Zoe?
Słyszę jego głos.
Blisko.
— Tak.
Nic więcej.
Idziemy dalej.
Nie patrzę na niego.
On też nic nie mówi.
Dźwięk gitary zza drzwi.
Ktoś gra już w środku.
Nie słyszę dokładnie.
Tylko fragment.
Wystarczy.
Staję przy ścianie.
Opieram się lekko.
Gitara nadal na ramieniu.
Nie zdejmuję jej.
Nie poprawiam.
Nie ruszam.
Patrzę przed siebie.
I słucham.