Samochód się zatrzymuje.
Silnik gaśnie.
I nagle robi się bardzo cicho.
Nikt się nie rusza.
Jeszcze przez chwilę.
Ojciec pierwszy otwiera drzwi.
— Jesteśmy.
Tylko tyle.
Wychodzę.
Powietrze jest inne.
Chłodniejsze.
Nie znam tego miejsca.
Budynek stoi przed nami.
Duży.
Ale spokojny.
Ludzie już tu są.
Ktoś trzyma gitarę.
Ktoś rozmawia.
Nikt na mnie nie patrzy.
I dobrze.
Jack staje obok mnie.
Patrzy przed siebie.
— Gotowy…
Milczę przez chwilę.
Poprawiam pasek.
— Chyba tak.
To nie brzmi pewnie.
Ale jest bliżej niż wcześniej.
Drzwi są otwarte.
Nikt nas nie zatrzymuje.
Trzeba po prostu wejść.
Robię krok.
Normalny.
Jak każdy inny.
A jednak inny niż wszystkie.