Minęło kilkanaście minut.
Mama nadal stała w środku.
Ja powoli zbierałam rzeczy ze stołu.
Pustą butelkę.
Papierek po chipsach.
Przesuwałam wszystko bez pośpiechu, jeszcze lekko zaspana.
Gitara nadal leżała obok kanapy.
Stara gitara Danio, ta sama, na której w nocy zasnęłam.
Mama obserwowała mnie spokojnie.
Nic nie mówiła.
Jakby bardziej patrzyła niż oceniała.
Po chwili drzwi studia otworzyły się ponownie.
Danio wrócił.
W ręku trzymał małą torbę ze sklepu.
Podszedł do stołu i położył ją obok pustej paczki po chipsach.
Spojrzał na mnie krótko.
— Masz, Zoe. Prawdziwe śniadanie, bo chipsami się nie najesz.
Zajrzałam do środka.
Kanapka.
Napój.
I coś słodkiego.
Na moment uniosłam wzrok.
Mama patrzyła już nie na mnie.
Patrzyła na niego.
Danio odsunął krzesło, jakby to był najzwyklejszy poranek świata.
Bez tłumaczenia.
Bez wielkich słów.
Po prostu usiadł.
A w studiu przez chwilę było cicho.
Tylko poranne światło wpadało przez okno coraz mocniej.