Rano było chłodniej niż zwykle.
Studio jeszcze spało.
Radio grało cicho gdzieś w tle.
Pakowałam torbę bez większego planu.
Kilka rzeczy.
Telefon.
Bluza.
Ładowarka.
Nic wielkiego.
Rex patrzył na mnie od progu.
Jakby wiedział, że coś się szykuje.
— Chodź.
Przeszliśmy kilka ulic w ciszy.
Dom Danio stał tak samo jak zawsze.
Zapukałam raz.
Otworzył po chwili.
Spojrzał najpierw na mnie.
Potem na Rexa.
Podałam mu smycz.
— Danio, popilnujesz go?
— Jasne.
Wziął smycz do ręki.
Rex wszedł od razu do środka.
— Dzięki.
Poprawiłam torbę na ramieniu.
— Odezwę się później. Pa.
Skinął tylko głową.
Nie zapytał dokąd jadę.
Nie musiał.
Wsiadłam do samochodu i ruszyłam w drogę sama.