Danio nie pojawił się rano.
Potem też nie.
Najpierw próbowałam udawać, że mnie to nie rusza.
Włączyłam radio.
Wyłączyłam po minucie.
Wzięłam gitarę.
Odłożyłam ją po dwóch akordach.
Rex leżał przy drzwiach.
Jakby też czekał.
Napisałam wiadomość.
Nie odpisał.
Drugą skasowałam przed wysłaniem.
Po godzinie miałam dość.
— Jedziemy.
Rex wstał pierwszy.
Dom Danio był kilka ulic dalej.
Niby blisko.
Nigdy tam nie byłam.
Zapukałam raz.
Potem drugi.
Otworzył od razu.
Jakby stał po drugiej stronie.
— Coś się stało?
Spojrzał na mnie.
Potem na Rexa.
— A co miało?
Wszedł z powrotem do środka.
Drzwi zostawił otwarte.
Weszłam za nim.
W domu było cicho.
Za cicho.
Mały stół.
Jedno krzesło odsunięte.
Kubek po kawie.
Na blacie chleb i nóż.
Nic więcej.
Nie biednie.
Po prostu prosto.
Danio podniósł skrzynkę z narzędziami spod ściany.
— Kran puścił od rana.
Dopiero teraz zauważyłam mokry ręcznik przy kuchni.
— Nie mogłeś napisać?
Wzruszył ramieniem.
— Mogłem.
Postawił skrzynkę na stole.
— A ty mogłaś poczekać.
Nie odpowiedziałam.
Rozejrzałam się jeszcze raz.
Nigdy nie myślałam, że można mieszkać tak cicho.
Danio odkręcił wodę.
Sprawdził coś ręką.
Jakby nic wielkiego się nie wydarzyło.
A ja pierwszy raz zobaczyłam, że on też ma swoje życie.
Nie tylko to obok mojego.