Rex pierwszy się podniósł.
Stał przy misce i patrzył.
Nie szczekał.
Nie musiał.
Spojrzałam tylko raz.
— Dobra.
Kartka została na stole.
Gitara oparta o krzesło.
Nie kończyłam tego.
Jeszcze nie.
Założyłam bluzę i wyszłam.
Na chwilę.
Tylko po jedzenie.
Na zewnątrz było zwyczajnie.
Ludzie, auta, ktoś gdzieś rozmawiał.
Nie myślałam o tym, co przed chwilą było w środku.
Jakby zostało tam.
W sklepie złapałam to, co zawsze.
Rex i tak zje wszystko.
Odwróciłam się przy kasie.
— Mamo?
Spojrzała na mnie, jakby też nie planowała tego spotkania.
— Zoe.
Uśmiechnęła się lekko.
— Co Ty tu robisz?
— To samo co Ty.
Chwilę staliśmy tak bez sensu.
— Chodź.
— Gdzie?
— Do mnie. Na kawę.
Nie zapytała drugi raz.
Rex już czekał przy drzwiach.
Jakby wiedział, że nie wracam sama.
Wbiegł pierwszy i od razu wskoczył na kanapę.
Jak zawsze.
Matka rozejrzała się po pomieszczeniu.
Nie powiedziała nic.
Usiadła.
— Fajnie tu masz.
— Wiem.
Zrobiłam kawę.
Postawiłam przed nią kubek.
Sama oparłam się o blat.
Wyciągnęła telefon.
Scrollowała coś chwilę.
Zatrzymała się.
Dłużej niż powinna.
— Byłaś w Warszawie.
Nie spojrzałam od razu.
— Na dwa dni.
Chwila ciszy.
— Szybko.
— Nie planowałam.
Kiwnęła lekko głową.
— Twoja babcia była kiedyś niedaleko.
Spojrzałam na nią.
— Gdzie?
Nie odpowiedziała od razu.
— Są miejsca, do których się trafia… zanim się o nich wie.
Zamilkła na moment.
— Krzemowo.