Po chwili wszystko wróciło do spokoju.
Jakby studio znowu odetchnęło.
Chłopaki rozgościli się bez pytania.
Jakby to miejsce już trochę znali.
Rex przesunął się tylko kawałek, robiąc więcej miejsca na kanapie.
Danio usiadł spokojnie.
Nic nie mówił.
Jack chwilę stał.
Spojrzał jeszcze raz dookoła.
Jakby sprawdzał, czy to dalej to samo miejsce.
Potem podszedł do perkusji.
Usiadł.
Naturalnie.
Jakby to było jego miejsce.
Nie spojrzał na nikogo.
Nie zapytał.
Po prostu zaczął coś grać.
Coś prostego.
Nierównego.
Trochę szukającego.
Trochę pewnego.
Danio sięgnął po gitarę.
Bez słowa.
Przeciągnął palcami po strunach.
Raz.
Potem drugi.
Jakby sprawdzał, czy to dalej działa tak samo.
Na początku brzmiało to osobno.
Perkusja swoje.
Gitara swoje.
A jednak po chwili coś zaczęło się zgadzać.
Nie od razu.
Nie idealnie.
Ale wystarczająco, żeby nie przerywać.
Nie patrzyli na siebie.
Nie próbowali się dopasować.
A jednak powoli zaczęli.
Ja też nic nie mówiłam.
Nie było potrzeby.
Słuchałam.
I chyba pierwszy raz pomyślałam, że to miejsce naprawdę zaczyna żyć po swojemu.