Pewnego dnia Danio znów przyszedł do mnie.
Bez zapowiedzi.
Usiadł, wziął gitarę do rąk i zagrał jeden, może dwa akordy.
Tak jakby nic.
I wtedy coś zaczęło mi świtać.
Podgrywał coś swojego.
Trochę przypadkowego, trochę nie.
A ja próbowałam do tego napisać tekst.
To nie było ani proste, ani łatwe.
Napisałam dwa wersy.
Powiedziałam je na głos.
Po chwili Danio coś dodał od siebie.
Jedno zdanie.
I tak zaczęliśmy.
Tylko że z każdym kolejnym wersem on się wahał.
Jakby chciał, żeby od razu było idealnie.
A przecież sam kiedyś mi powiedział, że nie da się doskonale.