Cisza w progu

West Virginia. Studio. Późne popołudnie.

Tego dnia nie planowałam niczego wielkiego.

Gitara leżała obok.

Na stole świecił ekran laptopa.

Radio grało cicho w tle, bardziej jak tło niż coś, czego naprawdę słuchałam.

Poprawiałam przewód przy interfejsie, kiedy kątem oka zobaczyłam ruch przy drzwiach.

Odwróciłam głowę.

W progu siedział pies.

Duży. Spokojny. Ciemny grzbiet, jasny pysk, uszy postawione wysoko.

Nie ruszał się.

Po prostu patrzył.

— No dobrze... a ty skąd się tu wziąłeś?

Zero reakcji.

Nawet nie drgnął.

— Nie zachowuj się jak on, może jakaś reakcja.

Nadal tylko patrzył.

Wstałam powoli.

Nie wiedziałam, czy podejść, czy lepiej dać mu spokój.

Ale skoro już siedział i dalej się nie ruszał, uznałam, że chyba bardziej obserwuje niż się boi.

Zbliżyłam się ostrożnie.

Nawet wtedy nie zrobił nic.

Dopiero kiedy położyłam dłoń na jego głowie, ogon lekko poruszył się po podłodze.

— O... a jednak żyjesz.

Przez chwilę jeszcze gładziłam go po karku.

Potem cofnęłam rękę i wróciłam na kanapę.

Pies nadal został w progu.

Patrzył.

— No chodź.

Dopiero wtedy ruszył.

Powoli.

Bez pośpiechu.

Podszedł i usiadł naprzeciwko mnie.

Prosto. Spokojnie. Jakby czekał, aż zdecyduję, co dalej.

← Wróć do: Etap 4