Do studia przyjechałam wcześniej niż zwykle.
Tym razem nie po to, żeby od razu siadać z gitarą.
Najpierw otworzyłam okna.
Przez chwilę stałam w ciszy.
W środku nadal było spokojnie.
Jakby to miejsce jeszcze spało.
Zaczęłam od porządnego sprzątania.
Zaczęłam ogarniać studio już nie tylko jak miejsce do grania.
Coraz bardziej jak coś, co powoli zaczynało przypominać mój nowy dom.
Przesunęłam kilka rzeczy.
Zrobiłam więcej miejsca.
Po południu przytaszczyłam z garażu rodziców starą małą lodówkę.
Nie była idealna.
Ale działała.
To wystarczyło.
Obok stanęła lampka i kilka drobiazgów.
Później otworzyłam drzwi, do których wcześniej prawie nie zaglądaliśmy.
Za nimi było kolejne pomieszczenie.
Puste.
Zakurzone.
Ale spokojne.
Drugie było jeszcze dalej.
Mniejsze.
Też puste.
Przez chwilę patrzyłam tylko na ściany.
Potem wróciłam po miotłę.
Kilka godzin później usłyszałam kroki przy wejściu.
Odwróciłam się.
Danio stanął w drzwiach.
Najpierw spojrzał na główne pomieszczenie.
Potem na lodówkę.
Na przesunięte rzeczy.
Na otwarte drzwi prowadzące dalej.
Zajrzał do środka.
Dopiero wtedy spojrzał na mnie.
— Ty na serio do tego podeszłaś, jak widzę... Tego się nie spodziewałem.