Zaprowadziła nas bocznym wejściem.
Ochroniarz odsunął barierkę dopiero wtedy, kiedy skinęła głową.
W środku wszystko wyglądało inaczej niż z parkingu.
Wąski korytarz.
Skrzynie ze sprzętem.
Kable pod ścianami.
Ludzie mijający się szybkim krokiem.
Każdy wiedział, po co tu jest.
Tylko my dopiero się tego uczyliśmy.
Kobieta zatrzymała się przy stoliku.
Wzięła trzy opaski i podała nam po kolei.
— Zakładajcie od razu. Bez tego nawet do toalety będzie wam ciężko wejść.
Jack nerwowo się uśmiechnął.
Ja zapięłam swoją od razu.
Danio schował opaskę do kieszeni.
Spojrzała najpierw na mnie.
— Ty jesteś Zoe Brooks?
— Tak.
Skinęła głową.
— Dobrze.
Nie wiedziałam, co to znaczy.
Ruszyła dalej.
Po chwili zeszliśmy niżej.
Zza ściany dochodził bas.
Krótki.
Mocny.
Potem cisza.
— Gracie osiemnasta równo — powiedziała. — Trzydzieści minut. Ani minuty dłużej.
Stanęliśmy przy wejściu pod scenę.
Serce pierwszy raz tego dnia uderzyło mi mocniej.
Kobieta odwróciła się do mnie.
— Macie listę?
Pokazałam jej telefon.
Przesunęła palcem po ekranie.
Impuls.
Decyzja.
Własne Myśli.
Nie musimy iść sami.
Zatrzymała wzrok na pierwszym tytule.
— Tym otwieracie?
— Tak.
Oddała mi telefon.
— Dobrze. Wejdźcie mocno od pierwszej sekundy. Ludzie muszą wiedzieć, że już gracie.
Potem spojrzała na Danio.
Dłużej niż wcześniej.
Zmrużyła lekko oczy.
— A ciebie to ja już gdzieś widziałam.
Danio poprawił rękaw kurtki.
— Możliwe.
Lekko się uśmiechnął.
Spojrzałam na niego.
Jack też.
Jakbyśmy oboje pierwszy raz zobaczyli w nim coś, czego wcześniej nie znaliśmy.
Kobieta nic już nie powiedziała.
Wskazała drzwi.
— Macie dziesięć minut sceny na sucho. Potem schodzicie.
Weszliśmy na scenę.
Pusta hala wyglądała większa niż z zewnątrz.
Wieczorem miało być tu pełno ludzi.