Miasto przywitało nas wcześniej, niż się spodziewałam.
Im bliżej byliśmy centrum, tym więcej było znaków, że dziś coś się dzieje.
Samochody.
Ludzie z opaskami na rękach.
Koszulki zespołu, dla którego tu przyjechali.
Banery przy drodze.
Jack pierwszy przestał żartować.
Siedział cicho i patrzył przez szybę.
Danio prowadził spokojnie, jakby jechał po zakupy.
Ja czułam, że ręce mam zimniejsze niż rano.
W końcu skręciliśmy na parking przy hali.
Z daleka było już słychać próby dźwięku.
Krótki bas.
Potem perkusję.
Potem ciszę.
Jack przełknął ślinę.
— To tu?
Danio zgasił silnik.
— Nie. Jedziemy dalej zwiedzać.
Jack spojrzał na niego.
Po chwili zrozumiał i się uśmiechnął.
Wysiedliśmy.
Powietrze pachniało kurzem, kablami i czymś smażonym z budki obok.
Spojrzałam na budynek przed nami.
Wieczorem mieliśmy wejść tam jako pierwsi.