Dom Zoe Brooks

West Virginia. Wieczór.

Wieczorem dom pachniał ciepłym jedzeniem i drewnem, które po całym dniu oddawało zgromadzone ciepło.

Na stole stały trzy talerze.

Nic wyjątkowego. Zwykły wieczór.

Matka nalewała herbatę. Ojciec siedział jak zawsze spokojnie, oparty lekko o krzesło.

Zoe jadła wolniej niż zwykle.

Jakby nadal była myślami gdzie indziej.

— W szkole jeszcze o tym mówili? — zapytała matka.

Zoe wzruszyła ramionami.

— Trochę.

— Nauczyciel coś mówił?

— Tylko że dobrze to przyjęli.

Ojciec nic nie powiedział.

Przez chwilę słychać było tylko sztućce.

Zoe spojrzała w bok, jakby przypomniała sobie coś nagle.

— Od jakiegoś czasu czasem rozmawiam jeszcze z kimś w miasteczku.

Matka uniosła lekko wzrok.

— Z kim?

— Z takim jednym. Siada czasem na ławce.

— Kolega?

— Raczej ktoś, kto po prostu lubi słuchać.

Ojciec odłożył widelec.

Nie gwałtownie. Po prostu ciszej niż wcześniej.

— Jak ma na imię?

— Danio Dan.

Na chwilę zrobiło się ciszej niż przed chwilą.

Matka pierwsza spojrzała na ojca.

— Starszy od ciebie?

— Trochę.

Ojciec patrzył jeszcze chwilę w talerz.

Dopiero potem zapytał spokojnie:

— Rozmawiacie o czym?

— O muzyce. Czasem o niczym.

Nie odpowiedział od razu.

Tylko lekko skinął głową, jakby przyjął to do wiadomości.

Ale atmosfera przy stole już nie była dokładnie taka sama jak chwilę wcześniej.

← Wróć do: Teraźniejszość