Cień w progu

West Virginia. Kilka dni po auli.

Kilka dni po występie szkoła wróciła do swojego rytmu.

W miasteczku ktoś jeszcze zatrzymał Zoe przy sklepie. Ktoś powiedział, że dobrze to zabrzmiało.

Nauczyciel tylko skinął jej głową na korytarzu i rzucił krótko:

— Dobrze to przyjęli.

Bez rozwijania. Bez robienia z tego wydarzenia większego niż było.

Wieczorem garaż znów pachniał drewnem i lekkim chłodem.

Gitara była już nastrojona.

Zoe siedziała na stołku, lekko pochylona, jak zawsze wtedy, kiedy próbowała nowego układu akordów.

Nie grała niczego gotowego.

Kilka dźwięków. Przerwa. Powrót do początku.

Jakby sprawdzała, czy coś chce zostać.

Za ścianą było cicho.

Dom żył swoim spokojnym rytmem.

Ostatni akord wybrzmiał dłużej niż poprzednie.

Zoe przytrzymała dłoń na strunach.

I wtedy coś drgnęło przy drzwiach.

Nie dźwięk.

Ruch.

Krótki. Prawie niezauważalny.

Odwróciła głowę.

Próg był pusty.

Spojrzała chwilę dłużej.

Nic.

Tylko półotwarte drzwi i chłodniejsze powietrze wpadające do środka.

— Pewnie tata.

Powiedziała to cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.

Po chwili znów spojrzała na gitarę.

I wróciła do grania.

← Wróć do: Teraźniejszość