Sala nie była duża.
Rzędy krzeseł ustawione prosto. Kilka klas. Szmer rozmów, który urywał się tylko na chwilę, kiedy nauczyciel podchodził do mikrofonu.
Zoe stała z gitarą przy bocznej ścianie i czekała.
Nie wyglądało to jak koncert.
Bardziej jak zwykły szkolny dzień, tylko z lekkim napięciem, którego nie dało się nie zauważyć.
Nauczyciel spojrzał na salę.
— Dzisiaj mamy trochę inne spotkanie niż zwykle. Chciałbym wam przedstawić kogoś, kto jeszcze niedawno siedział dokładnie tutaj.
Kilka osób od razu podniosło głowy.
— Zoe Brooks. Wraca dziś do szkoły nie jako uczennica, tylko jako ktoś, kto postanowił zrobić coś po swojemu.
Najpierw była cisza.
Krótka. Szkolna. Niepewna.
Dopiero po chwili pojawiły się brawa.
Zoe usiadła spokojnie.
Gitara oparła się o kolano.
Przez chwilę patrzyła przed siebie.
Rzędy twarzy. Światło wpadające z wysokich okien. Cichy ruch krzeseł.
Dopiero kiedy poprawiła dłoń na gryfie, kątem oka spojrzała dalej.
Ostatnie rzędy.
Był tam.
Nie siedział z przodu.
Jakby specjalnie wybrał miejsce, z którego niczego nie trzeba było komentować.
Zoe lekko opuściła wzrok.
I dopiero wtedy uderzyła pierwszy akord.