Festyn

West Virginia. Sobota.

Scena była mniejsza niż ją sobie wyobrażałam. I większa niż garaż.

Kable leżały nierówno. Ktoś testował mikrofon. Dzieci biegały z watą cukrową.

To nie wyglądało jak moment życia. Wyglądało jak sobota.

Kiedy wywołali moje imię, przez chwilę miałam wrażenie, że to nie o mnie chodzi.

Wyszłam.

Gitara była lżejsza niż zwykle.

„Grasz trzy kawałki. Dziękuję. Koniec.”

To zdanie przyszło samo. Nie wiem skąd.

Pierwsze akordy były moje. Drugie też.

Przy refrenie ktoś pod sceną śpiewał ciszej ode mnie. Uśmiechnęłam się, choć nie planowałam.

Mikrofon zapiszczał na sekundę. Ktoś klasnął za wcześnie. Nic się nie zawaliło.

Trzeci numer zagrałam bez poprawiania. Do końca.

— Dziękuję.

I zeszłam.

Miasteczko wróciło do rozmów. Do zapachu kiełbasek. Do swoich spraw.

A ja wróciłam do siebie.

← Wróć do: Teraźniejszość